Mijają lata, zostają wspomnienia

W wieku sześciu lat pokochał beton. Potem chciał być marynarzem. Ostatecznie spełniony inżynier budownictwa. Zygmunt Milewski ukończył 90 lat. Nadal aktywny zawodowo.

6 sierpnia Koło Seniorów białostockiego Oddziału PZITB uroczyście świętowało ten zaszczytny jubileusz. Pisaliśmy o tym w artykule: „Inżynierski jubileusz”, zapowiadając publikację szerszego życiorysu jubilata. A więc wspólnie z Zygmuntem Milewskim zapraszam czytelników w podróż po budownictwie od lat 50-tych po czasy współczesne.

– Żadna to radość chwalić się takim wiekiem – zaczyna humorystycznie jubilat. – Ale, owszem, przyjemnie jest z perspektywy 90 lat spojrzeć na przeszłość.

Zygmunt Milewski urodził się 28 lipca 1935 r. w miejscowości Kobylin-Latki w gminie Kobylin Borzymy.

Zdjęcie z mamą i dwojgiem rodzeństwa przed rodzinnym domem krytym słomą

Byłem najmłodszym z siedmiorga rodzeństwa i już tylko ja zostałem. Jeden z moich braci odszedł w wieku sto i pół roku. Zygmuś, Zygmuś… zawsze byłem najmłodszy w rodzinie, a potem nie wiadomo kiedy okazało się, że jestem najstarszy. Zazwyczaj w każdym towarzystwie teraz większość to młodsi ode mnie.

Zacznę od takiego wspomnienia. W wieku sześciu lat zapałałem miłością do betonu. Ludzie na wsi sami budowali studnie. Wypożyczali sobie formy i robili betonowe kręgi, potocznie nazywały się banie. I te kręgi po rozformowaniu trzeba było polewać, o czym dziś nie wszyscy nasi koledzy na budowach wiedzą, że tak się właściwie pielęgnuje świeży beton. I Zygmuś miał polecenie: stało wiadro z wodą i mały kubeczek, i ja polewałem banie po ściankach. Pamiętam jak to się pięknie wchłaniało. Myślałem wtedy: jak dorosnę, będę robił betony. I moje dziecięce marzenie się spełniło. Pomogli mi w tym doskonali nauczyciele z technikum budowlanego.

Ale teraz po kolei… Najpierw (w 1952 r.) ukończyłem naukę w Zasadniczej Szkole Zawodowej przy ul. Sukiennej w Białymstoku – wydział drzewny, otrzymując tytuł stolarz uniwersalny. Z tej uniwersalności, do dziś się śmieję, bo do prawdziwego tego słowa znaczenia dużo brakowało absolwentom tejże uczelni. Zgodnie z wykształceniem, rozpocząłem pracę w stolarni w Rzemieślniczej Spółdzielni Pracy „Jedność” w Białymstoku jako stolarz meblowy. Jednocześnie rozpocząłem naukę wieczorową w Technikum Budowlanym w Białymstoku. Po roku zamieniłem stolarnię na Białostockie Zjednoczenie Budownictwa Przemysłowego „Przemysłówka” (później zmieniono nazwę na Białostockie Przedsiębiorstwo Budownictwa Przemysłowego „Przemysłówka”). Przez kilka miesięcy pracowałem jako robotnik przy rozbiórce koszar 42 Pułku Piechoty – obecnie teren Gazowni Białystok. Przy pomocy kilofów, przecinaków i lin ciągnionych przez traktor obalano ściany. Cegły odzyskiwano młotkami murarskimi i przewożono na inne budowy. Była to praca ciężka i niebezpieczna. Pracowałem również jako cieśla na budowie Fabryki Przyrządów i Uchwytów przy ul. Łąkowej (po której dziś pozostały już tylko wspomnienia). Była to wielka budowa, pracowało ponad sto osób, również kobiet – przy przesiewaniu żwiru i wykonywaniu betonu i zapraw. Wtedy nie było betonu towarowego.

W 1955 r. ukończyłem Technikum otrzymując tytuł technika budowlanego. Trafiłem wtedy na budowy, prowadzone przez oddział skupiający kierownictwo łódzkiego Przedsiębiorstwa Remontowo-Budowlanego Przemysłu Lekkiego. Były dwa centra tej firmy: w Poznaniu i Łodzi, które obsługiwały przemysł włókienniczy w całym kraju. Odpowiadaliśmy za remonty i budowy nowych obiektów w Białymstoku. Realizację, w których uczestniczyłem to m.in.: farbiarnie i remonty hal produkcyjnych na terenie fabryki pluszu przy ul Świętojańskiej (obecnie Galeria Alfa) oraz żłobek zakładowy przy ul. Podleśnej. Dla zakładów Sierżana (obecnie Atrium Biała) wznosiliśmy budynek karbonizacji i prowadziliśmy remonty hal produkcyjnych. Zbudowaliśmy roszarnię na Wysokim Stoczku vis a vis Domku Napoleona. Potem Przedsiębiorstwo zlikwidowało swoje agendy, zeszło więc i z Białegostoku i my, całą naszą załogą, a było nas kilkadziesiąt osób, trafiliśmy do Społecznego Przedsiębiorstwa Budowlanego. Przed wojną było to przedsiębiorstwo z dobrą tradycją, solidnie budowało, ale w latach czterdziestych zlikwidowano je, pewnie z powodów politycznych(?)

I tu dygresja. Co mnie teraz denerwuje? Zastanawiają się nasi politycy, jak zapewnić młodym rodzinom mieszkania? Niech cofną się, niech spojrzą wstecz. To było przedsiębiorstwo, które pracowało na zerowym rozrachunku, miało pewne zyski, żeby wypłacać premie i nagrody, ale nie takie, jak obecnie deweloperzy.

Pracowałem jako technik budowy przez kilka miesięcy, a potem wysłano mnie – chłopaka, mającego 23 lata – na kierownika budowy do Kurowa. Funkcjonowała tam Stacja Nasienno-Szkółkarska. Przeprowadzaliśmy remont pałacu (obecnie siedziba Narwiańskiego Parku Narodowego) i rozbudowę czterech budynków dwurodzinnych. Na odprawie kierowników budów w dyrekcji przedsiębiorstwa, moi koledzy żartowali ze mnie mówiąc: Zygmunt aż cztery bloki naraz buduje. Tak, cztery bloki dwumieszkaniowe. Równolegle prowadziłem budowę i remonty obiektów rolniczych na terenie Stacji Ogrodniczo-Szkółkarskiej w Stelmachowie.

Ale to było wspaniałe nabieranie doświadczenia. Młody człowiek – nieważne jaką szkołę skończył: średnią czy wyższą – to zanim uporządkuje wiedzę z uczelni, żeby potrafić ją wykorzystać, to dobrze, żeby nie skakał z wysoka.

Przez kilka lat pod szyldem Społecznego Przedsiębiorstwa Budowlanego prowadziłem wiele budów w Białymstoku, jak choćby: Baza Zieleni Miejskiej w Dojlidach przy ul. Mickiewicza (obecnie Liceum Katolickie), obiekty fabryki sklejek, szkołę podstawową w Dojlidach Górnych, Zakład Stolarski przy ul. Ciesielskiej i zakład stolarki w Supraślu. Budowałem szkołę podstawową przy ul. Warmińskiej – obecnie w okolicy mieszka mój wnuk, a jego syn – czyli mój prawnuczek – zaczyna w tym roku naukę w tej szkole. Mówi z radością, że będzie się uczył w szkole, którą wybudował mu pradziadek.

Potem zostałem wysłany do Czarnej Białostockiej – Wytwórnia Wyrobów Precyzyjnych. To był wojskowy zakład tajny. Budowaliśmy tam kilka dużych hal produkcyjnych i oczyszczalnię ścieków. Ponad to na terenie miasta wybudowaliśmy cztery budynki wielorodzinne.

Pracując chciałem rozpocząć studia w Wieczorowej Szkole Inżynierskiej (dzisiejsza Politechnika Białostocka). W 1968 r. staraniem działaczy białostockiego Oddziału Polskiego Związku Inżynierów i Techników Budownictwa zorganizowano kurs przygotowawczy do egzaminu wstępnego na uczelnię. Na kurs zgłosiło się 38 osób, na WSI dostało się… pięć, w tym ja. Co ciekawe wiek przyszłych studentów mieścił się w przedziale 31-53 lata. Sic! Ja miałem wtedy 33 lata. Studia skończyłem w 1973 r. uzyskując tytuł inżyniera budownictwa lądowego.

W trakcie pięciu lat studiowania i pracy, czułem się zmęczony, a trochę zbrzydła mi praca na budowach, pomyślałem: pójdę do biura. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Byłem dwa lata kierownikiem działu przygotowania produkcji (nadal w Podlaskim Przedsiębiorstwie Budowlanym). Dopiero tu zrozumiałem na czym polega budownictwo. Nam, wykonawcom, wydawało się i pewnie teraz też tak się wydaje tym, którzy nie pracowali w biurze, że budowa jest najważniejsza. Nic bardziej mylnego. Zanim zacznie się coś budować, ktoś musi sporządzić projekty, ktoś musi przygotować teren, pozwolenia, inne dokumenty i pokonać bariery biurokratyczne, żeby móc realizować prace w terenie. To uczy pokory i szacunku do innych.

Po dwóch latach, zdarzyła się okazja i pojechaliśmy na budowę Huty Katowice. Huta, hutą, ale trzeba było przygotować mieszkania dla hutników – kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy ludzi miało przyjechać wtedy do Katowic. Tak, Białystok uczestniczył w budowie nowej dzielnicy Sosnowca – Zagórze się nazywa. Nam, przedsiębiorstwu podlaskiemu, przydzielili na początek cztery bloki. Docelowo zbudowaliśmy ich kilkadziesiąt. Pojechałem tam 19 maja 1976 r., a dokładnie za rok wróciłem. Pracowaliśmy po dwanaście godzin, więc robotnicy i majstrowie mieli dodatek za nadgodziny, a kierownik budowy – który ma czas nienormowany – to mu się nie należało. Musiałem z tym towarzystwem być dwanaście godzin i jeszcze później mieć czas, żeby zajrzeć do papierów. Szaleństwo.

Mieszkaliśmy w domu Górnika w Jaworznie, tam dostawaliśmy śniadania i kolacje, i autobusem dojeżdżaliśmy kilkanaście kilometrów na budowę. Obiady zaś jadaliśmy w filii fabryki samochodów osobowych, która mieściła się niedaleko budowy. Około trzynastej szliśmy na obiad do stołówki, tam niedługo w kolejce staliśmy – jakieś pół godziny (uśmiech). Zygmuś, jak wyjeżdżał, to jakoś ten pasek był krótki i spodnie ciasne, a wrócił po roku i wszystko luźne się zrobiło.

W międzyczasie w Białymstoku powstał kombinat – myśmy to nazywali kołchoz. Połączono Podlaskie Przedsiębiorstwo Budowlane, fabrykę domów i Białostockie Przedsiębiorstwo Budownictwa Mieszkaniowego i stworzono Białostocki Kombinat Budowlany. Założenie było wspaniałe, ale organizacyjnie było to za duże i trudne do ogarnięcia logistycznie. Po kilku latach to się rozpadło, ale po powrocie z Katowic trafiłem tam, choć szybko podziękowałem za tę pracę.

Dzięki koledze – Sławkowi Kamińskiemu, który był dyrektorem Wojewódzkiej Spółdzielni Budownictwa Wiejskiego pracowałem właśnie tam. Było to takie przedsiębiorstwo, do którego nie raz trafiały takie osoby, które wypędzono w innym miejscu. Poznałem wtedy całe województwo. Napatrzyłem się jak pracować, aby się nie przepracować itp.

Następnie ponownie trafiłem do „Przemysłówki”, ale już nie jako robotnik – przez dwa lata pracowałem jako specjalista w dziale w dziale kontroli jakości, a potem… Potem wysłano mnie na kontrakt do Iraku, właściwie przez przypadek. Wyjazd za granicę to była nagroda, wyróżnienie, a ja w Przemysłówce raptem pracowałem trzy lata. Już byli ustawieni kierownicy do wyjazdu, aż tu jeden „podpadł”. Kontrakt podpisany, już trzeba załogę wysyłać, a brakuje kierownika. Wydelegowano mnie. Rok i dwa miesiące pracowałem na budowie farm kurzych (fabryka jajek) w Diwanija. Teraz ludzie narzekają, że w Polsce jest gorąco, 30 st. C., a tam było 50-55 st. C przez całe lato. Kto był mniej odporny i za dużo miał tłuszczu, to wysychał jak śliwka. Temperatura była wysoka, ale klimat suchy, więc kto był zdrowy, to nic się nie działo, a słabym ujawniły się choroby. Nawet psychiczne.

Węzeł betoniarski na budowie w Iraku (od lewej): śp. Jan Filipczuk – kierowca betonowozu, Zygmunt Milewski, śp. Stanisław Kulesza – dyrektor BPBR „Przemysłówka” i – pomocnik arabskiego inspektora nadzoru (lato 1982 r.)

Wróciłem do Białegostoku, w nagrodę za dobrą pracę przydzielili mi kierownictwo budowy szpitala dziecięcego – teraz UDSK, a kiedyś był to Instytut Pediatrii. W 1989 r. zabrakło pieniędzy, przerwali budowę, zwolniłem się.

Na budowie Klinicznego Szpitala Dziecięcego w Białymstoku (1985 r.) w Białymstoku. Od lewej: Michał Jaszczyk – brygadzista, Zygmunt Milewski i Zdzisław Pawelec – inspektor nadzoru

Dzięki Józiowi Strzałkowskiemu trafiłem do lżejszej pracy. Józio wyjeżdżał do Stanów Zjednoczonych, a pracował na pół etatu w wydziale inwestycji w białostockim ZUS-ie. Zaproponował mi pracę na swoim miejscu i tam pracowałem kilka lat do emerytury. Znana Białostoczanom „skocznia” – siedziba ZUS przy ul. Młynowej – to ja prowadziłem jej proces inwestycyjny. Tak samo inspektoraty okręgowe w Siemiatyczach, Hajnówce, Sokółce i Bielsku Podlaskim.

Mała dygresja. Doszedłem do wniosku, że ZUS rozmnaża się przez pączkowanie. Wcześniej mieścił się w budynku związków zawodowych przy ul. Skłodowskiej 3 zatrudniając może… sto osób. Wybudowaliśmy pierwszy obiekt przy Młynowej, pracownicy się przenieśli i mieli luźno. Ale jakoś to pączkowanie się zadziało i zabrakło miejsc. Drugi obiekt wybudowaliśmy i też został zajęty. Może to trochę złośliwe, bo ZUS przejął dodatkowe obowiązki, bo np. kolejarze sami zajmowali się swoimi emerytami, a potem przeniesiono ich do ZUS-u, podobnie wojsko.

Podsumowując. Z perspektywy czasu inżynier budownictwa to zawód dla pasjonatów. Może to trochę za górnolotne słowo, ale na pewno dla ludzi, którzy rozumieją, że w tym zawodzie nie ma miejsca na fuszerki. Ktoś napisał cytuję: „budownictwo i inwestycje są tak skomplikowanym mechanizmem, że amatorzy nie powinni przy nim majstrować”. Natomiast co się teraz dzieje na budowach… Nie jestem zwolennikiem PRL-u, ale w tej chwili, szczególnie na prywatnych budowach, zdarza się nie raz, że pracuje kto popadnie.

Niedawno w ramach likwidacji usterek usuwaliśmy przecieki wody w izolacji na trzynastym piętrze jednego z budynków w Białymstoku z tarasem. Jak odkryliśmy warstwy posadzkowe, to na styku ściana – balkon ujawniła się szczelina, przez którą woda płynie prosto do mieszkania. No i ktoś bez serca inżynierskiego i powołania, po prostu przykrył to papą.

To piękny i przyjemny zawód. Miło usłyszeć pochwałę. Jak wybudowaliśmy szkołę przy ul. Warmińskiej, jadę autobusem i słyszę ktoś mówi: jaka piękna szkoła. Bo nasze dzieła, nieważne co to będzie, długo istnieją i ludzie oglądają, oceniają. Myślę, że większość z nas inżynierów to czuje, ale cyników nie brakuje.

W latach pięćdziesiątych „szło” tak wiele budów, że brakowało pracowników. Wielkie przedsiębiorstwa z Białegostoku wysyłały samochody ciężarowe do sąsiednich miejscowości i przywozili mieszkańców z różnych wsi i ci ludzie pracowali. Też pochodzę ze wsi, ale część moich rodaków nie było dobrymi pracownikami na budowie. No bo jak? Latem taki człowiek rano wstał o trzeciej, podkosił coś tam w polu i potem jechał zmęczony na budowę. Patrzył tylko, kiedy do domu pójść. Ale to nie wina ludzi, tylko zasad, ale dzięki temu odbudowano Białystok.

Place budów jak różniły się od dzisiejszych. O koparkach nie było mowy. Wykopy robiono ręcznie, zimą zmarzniętą ziemię kilofami kuliśmy i wywoziliśmy na inną budowę. Wozy były na gumowych kołach, robotnicy ręcznie wrzucali i wyrzucali załadunek, a wozacy pilnowali koni. Pierwszy żuraw na budowie zamontowano w 1954 r. na budowie Fabryki Przyrządów i Uchwytów przy ul. Łąkowej. Pracownicy budownictwa z całego miasta przychodzili obejrzeć jak wygląda. Transport pionowy materiałów odbywał się za pomocą w wind przyściennych montowanych z bali drewnianych przez cieśli.

I jeszcze na zakończenie kilka tematów z pracy społecznej. W 1957 r. wstąpiłem do PZITB jako technik budowlany. Wiele na tym skorzystałem, bo żądny wiedzy brałem udział w licznych szkoleniach, prowadzonych przez doświadczonych inżynierów. Pełniłem wiele funkcji w zarządzie Oddziału Związku. Z rekomendacji tegoż zarządu, w 2001 r. nadano mi tytuł rzeczoznawcy budowlanego w 2001 r. Za działalność zawodową i społeczną otrzymałem Złoty Krzyż Zasługi (1985 r.), Złotą odznakę Zasłużony dla budownictwa i przemysłu materiałów budowlanych nadaną przez ministra budownictwa (1973 r.) i najbardziej miłą mi odznakę Złotą odznakę honorową z diamentem PZITB nadaną przez Zarząd Główny PZITB (2009 r.).

Na początku lat 2000, pracując w zarządzie Oddziału, byłem członkiem zespołu, który organizował Polską Izbę Inżynierów Budownictwa. Spotykaliśmy się w Zarządzie Głównym w Warszawie, omawialiśmy zasady organizowania i funkcjonowania samorządu. Od początku byłem zwolennikiem powstania Izby, bo jest to organ dyscyplinujący działalność inżynierską, a jednocześnie pomagający nam w wykonywaniu samodzielnych funkcji technicznych w budownictwie, w dokształcaniu się i integracji. Korzystając z okazji, mam apel do kolegów inżynierów, aby nigdy nie zapominali, że wykonują odpowiedzialny zawód, zawór zaufania publicznego.

Prywatnie, miałem wspaniałą żonę Jadwigę. Mamy dwie córki, czterech wnuków i czworo prawnucząt. Jeden wnuk poszedł w ślady dziadka i jest inżynierem budownictwa. Ja obecnie, jako rzeczoznawca budowlany wykonuję opinie techniczne i ekspertyzy. Nadal praca inżyniera budownictwa sprawia mi wiele radości.

Notowała Barbara Klem

Zdjęcia z archiwum rodzinnego Zygmunta Milewskiego

Udostępnij :

Facebook
Twitter
LinkedIn
Pinterest
Szukaj
Najchętniej czytane
Kategorie
Archiwum
Archiwa
Subskrybuj!
Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco!
Przejdź do treści