śp. Andrzej Wszeborowski – wspomnienie

28 listopada 2025r. zmarł Andrzej Wszeborowski. Inżynier, pasjonat, konserwator zabytków. Człowiek z ogromną wiedzą, kulturą osobistą i poczuciem humoru. Miłośnik lokalnej historii.

– On mnie nie kochał tak, jak kochał swoją pracę. To praca była jego całym światem. On non-stop był w pracy – zaczyna Jolanta Nierodzik, partnerka pana Andrzeja. To z nią śp. Andrzej Wszeborowski spędził ostatnie z 72 lat życia. I z nią wspominamy tego zacnego człowieka.

Pana Andrzeja poznałam i ja. W 2021 r. przygotowywaliśmy artykuł o renowacji jednej z zabytkowych kamienic w Łomży, bo pan Andrzej odpowiadał za remont i zachowanie wielu łomżyńskich zabytków. Po paru słowach wiedziałam, że to nie będzie artykuł tylko o budynku. Zachęcam do przypomnienia sobie tego tematu i sylwetki śp. Andrzeja Wszeborowskiego, która wyłania się artykułu o budowie: Murowanie historii – str. 28

Teraz już oddaję głos Jolancie Nierodzik.

Poznaliśmy się z Andrzejem w 2019 r. w Bractwie Kurkowym. Przynależność do tego historycznego stowarzyszenia strzeleckiego była dla mnie sposobem na życie. Może nie tylko dla mnie… Bractwo jednoczyło osoby samotne, a ja przez wiele lat taka byłam. Andrzej też był jego członkiem, a także jednym z założycieli Łomżyńskiego Bractwa Historycznego.

Pewnego czerwcowego dnia, po krótkim czasie naszej znajomości, Andrzej stanął przed moim domem z olbrzymim pękiem polnych kwiatów i zapytał: czy będziesz ze mną chodzić? Rozumie Pani? Człowiek, który miał 60 parę lat zadał mi pytanie: czy będę z nim chodzić… I porwał mnie. Był starszy o 23 lata. Niektórzy mówili mi: co ty robisz? Zrobiłam, nie żałuję. Było cudnie. On w życiu nie potrzebował niczego, tylko miłości. Bezinteresownej miłości.

Byliśmy rodziną paczworkową. Każdy miał za sobą poprzednie małżeństwa i dzieci. Mimo to, dopasowaliśmy się idealnie. Moje dzieci nie miały ojca i on im go zastępował. Wybór szkół, męskie rozmowy z synem – przerobił wszystko. Dla mnie był mężczyzną „do głowy”. Moja głowa przy nim była lekka. Kontakt, rozmowa – chciało się z tym człowiekiem żyć i być. Nie nazwał mnie inaczej jak Jolunia. Zawsze wyrozumiały, chętny i otwarty, pełen tej swojej pasji do budownictwa.

Moim marzeniem było mieć dom w lesie. Bo las jest takim miejscem… dobrym. I Andrzej zawiózł mnie kiedyś do lasu. Powiedział: jedziemy do dobrego lasu. Stał tam budynek, a ja miałam go zamienić w nasz dom. Miejscowość naprawdę nazywa się Dobry Las, a budynek naprawdę stał się naszym domem. Dostałam rolę bycia jego asystentką, kierowcą, gospodynią domową, a ostatnio zaliczyłam nawet etat pielęgniarki. W chorobie było bardzo ciężko. Proponowałam: przestań pracować, zamknij firmę, zostawmy tylko ekspertyzy, będziemy jeździć po tych zabytkach, będę cię woziła… Działało wszystko, a on do ostatniej chwili był świadomy.

Pracował nawet w czasie mocno zaawansowanej choroby. Przyjmował zlecenia, które wymagały pojechania w teren. Często nawet prywatni ludzie przychodzili: Andrzeju podjedź do mnie, pomóż, tynki mi odpadają, źle pobudowali… I Andrzej zawsze stawał na wysokości zadania. Mobilizował się, brałam go w samochód i jechaliśmy. Sprawdzał, opisywał, wspierał swoją wiedzą i wielokrotnie nie brał za to pieniędzy. Pochylał się nie tylko przed wysokimi kościołami, czy wiekowymi kamienicami. Oglądał też skwapliwie domy „zwykłych” ludzi.

Jego wiedza była ogromna. Często nasze prywatne pobyty hotelach, lokowanych w starych zamkach jak np. w Giżycku były bezpłatne. Był tam rozpoznawalny, bo tak wielkie były jego zasługi dla tych miejsc.

Żartowaliśmy do niego: Andrzeju noś białą koszulę jak inżynier. A on często ubierał koszule w kratkę i upierał się przy nich, bo on nie tylko siedział za biurkiem, on był inżynierem, który musiał wejść do obiektu aż do fundamentu, zobaczyć każdy zakamarek, dotknąć. Nie zapomnę jakim zaskoczeniem było dla ekipy, kiedy w kościele w Dobrym Lesie kazał wybierać ziemię spod posadzki. Miała być tylko wymiana podłogi. Ludzie założyli, że trzeba deski wymienić, a on mówi: tu jest taki grzyb, że trzeba usunąć deski i jeszcze wybrać ziemię, i wymienić na nową. I tak zrobili.

Był pogodnym, wesołym człowiekiem. Jego praca zawsze nam towarzyszyła. W samochodzie, na tylnym siedzeniu (nigdy nie mogliśmy nikogo zabrać) było pełno dokumentów, podobnie w domu. Jego biurka się nie sprzątało.

Bardzo ważne było dla niego spotykanie się z ludźmi, goszczenie ich w naszym domu. Przyjeżdżali architekci, inżynierowie z Izby, konserwatorzy zabytków. W szpitalu nigdy nie zabranialiśmy mu rozmawiać przez telefon, prowadził wielogodzinne rozmowy.

Potrafił budownictwem zarażać, co też było fantastyczne. Przychodzili do niego na praktyki młodzi uczniowie i z otwartymi buziami słuchali go, tak byli zafascynowani wiedzą, jaką im kotwiczył w głowach.

W swoich pracach lubił przemycać inicjały „AW”. Ukrywał je w różnych miejscach. Szukajcie Państwo uważnie, może też spotkacie Andrzeja Wszeborowskiego…

notowała Barbara Klem

Zdjęcia z archiwum rodzinnego

Jolanta Nierodzik z synem Adamem i śp. Andrzejem Wszeborowskim
– Z Andrzejem można było „konie kraść” – mówi Krzysztof Falkowski, przewodniczący Okręgowej Komisji Kwalifikacyjnej POIIB (na zdjęciu pierwszy z prawej). – Niezawodny kolega, zawsze życzliwy i pełen optymizmu. Realizowaliśmy wspólnie projekty budowlane od 2004r., a on zawsze rzetelnie wywiązywał się ze swoich zobowiązań. U niego słowo było droższe od pieniędzy. Uczestniczyliśmy też w balach charytatywnych, organizowanych przez Bractwo Kurkowe. W Podlaskiej Okręgowej Izbie Inżynierów pełnił funkcję delegata na Krajowy Zjazd w kadencji 2022-2026.

Na zdjęciu delegaci na Zjazdy Krajowe POIIB (od lewej): Ryszard Kruszewski, Krzysztof Ciuńczyk – przewodniczący POIIB, Lucyna Huryn, Wojciech Kamiński, ś.p. Andrzej Wszeborowski i Krzysztof Falkowski

Udostępnij :

Facebook
Twitter
LinkedIn
Pinterest
Szukaj
Najchętniej czytane
Kategorie
Archiwum
Archiwa
Subskrybuj!
Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco!
Przejdź do treści